Obserwatorzy

poniedziałek, 12 maja 2014

Najgorsza majówka

Wprawdzie od majówki minęło już trochę, ale dopiero teraz mam siłę i czas spokojnie opisać całą sytuację...

Ostatniego kwietnia wieczorem pojechaliśmy z Małym do moich rodziców, ponieważ TŻ miał zrobić malowanie. Wiadomo, zapach farby i wszędzie porozwalane rzeczy nie są najlepsze dla dziecka.
Wszystko było w porządku.
1 maja poszliśmy do sąsiadki rodziców, która jest fryzjerką, żeby podcięła troszkę włoski Krystiankowi, bo miał długie ale bardzo rzadkie i cieniutkie.
Myślałam, że moje zazwyczaj spokojne przy obcych dziecko będzie grzecznie siedzieć, a tymczasem darł się jakby go ze skóry obdzierali. Jakimś cudem udało się troszkę podciąć końcówki i poszliśmy na spacer, bo pogoda była piękna. Wróciliśmy na obiadek- kotlet schabowy, ziemniaczki i ukochany ogórek. K. uwielbia ogórki w każdej postaci. Ziemniaków prawie nie tknął, kotleta troszkę, ale ogóra zjadł całego. Potem drzemka i jak wstał znowu poszliśmy na spacer. Po powrocie, ok. godziny 16 z pieluchy dobiegł niepokojący odgłos, jakby biegunka. Zaglądam i faktycznie. Potem jeszcze raz... Wieczorem był troszkę marudny, ale w końcu poszedł spać. Ja siedziałam z mamą i gadałyśmy sobie do 23. Wtedy K. zaczął się kręcić i wybudzać. Mama poszła spać, bo stwierdziła że pewnie budzi go nasza rozmowa. Zgasiłam światło licząc, że Mały uśnie, niestety kręcił się i wiercił. Wzięłam go do siebie na łóżko mając nadzieję, że przy mnie uda mu się zasnąć- nic z tego. W końcu jakoś koło 1-1.30 położyłam go na swojej piersi i udało mu się usnąć, chciałam go położyć obok siebie, ale nagle zaczęło go rwać na wymioty. Zaświeciłam światło, wzięłam go na ręce w pozycji pionowej, żeby w razie czego nie zakrztusił się wymiocinami i zwymiotował... ogórkiem. Zaraz potem znowu pojawiła się biegunka- kawałeczki ogórka. Zmierzyłam temperaturę- 38,6. Leków przeciwgorączkowych brak. Niewiele myśląc wsiadłam w samochód i o 2 w nocy popędziłam do domu po czopki i termometr bezdotykowy. Na szczęście dom moich rodziców jest od nas oddalony tylko o 4km. Po moim powrocie Krystianka zaczął pobolewać brzuszek, biedulek tak strasznie płakał, a ja nie wiedziałam jak mu pomóc. Gdy gorączka spadła usnął, ja też się położyłam- było przed 4. Punktualnie o 6 obudził się z przeraźliwym płaczem- znowu zaczął boleć go brzuszek, ale tym razem był to ból ciągły. Trwało to jakieś 10-15minut, już miałam dzwonić na pogotowie. Miał odruch wymiotny, ale nie mógł nic zwrócić, jedynie znowu robił kupy z kawałkami ogórka. On płakał, a ja próbowałam powstrzymać swoje łzy. Gdy ból ustał biedulek usnął na podłodze :( Wstał o 8, na mleko nawet nie chciał spojrzeć, jedynie wypił całą butelkę picia. Wyglądał jak kupa nieszczęścia- blady, smutny, be chęci do zabawy. Leżał na łóżku, potem chciał obejrzeć bajkę na laptopie. Nawet widok TŻta, którego tak uwielbia nie sprawił mu zbytniej przyjemności. Przed południem znowu pojawiła się gorączka- 38,7. Na szczęście szybko ją zbiłam i już się więcej nie pojawiła. Za to pojawił się katar. 
Przez cały dzień zjadł 3 łyżeczki ryżu z jabłkiem, 2 biszkopty i ze 4 łyżeczki rosołu (na raty). Najważniejsze że chociaż dużo pił.
Wieczorem wróciliśmy do domu.
W sobotę samopoczucie mu się poprawiło, biegunka jeszcze była, ale łagodniejsza. Pupa strasznie odparzona od takiej ilości kup. Dobrze że mieliśmy bardzo dobrą robioną maść. 
W niedzielę były urodziny TŻta i moje imieniny. K. czuł się coraz lepiej, nawet apetyt powolutku zaczął mu wracać (chociaż szału nie było). Popołudniu pojechaliśmy z TŻtem na obiad, by uczcić nasze święto. Po powrocie babcia TŻta, która została z Małym powiedziała, że bardzo się drapał po brzuszku, ale sprawdziła i nic tam nie miał. Wieczorem podczas kąpieli okazało się, że brzuszek Krystianka wygląda tak (zdjęcia niezbyt wyraźne, ponieważ K. się bardzo wiercił)


Najprawdopodobniej pogryzła go mrówka (w domu pojawiają się pojedyncze sztuki).
W poniedziałek pojechaliśmy na pogotowie, żeby sprawdzili co i jak, bo nasz pediatra nie przyjmuje w poniedziałki. Już na samym początku zostałam wyprowadzona z równowagi. Podchodzę do rejestracji i zaczynam mówić co się stało, na to "pani" mi mówi, że najprawdopodobniej nie zostaniemy przyjęci, bo trzeba mieć skierowanie od lekarza. Na nic moje tłumaczenia, że naszego lekarza nie ma- może dać inny. Kazała mi usiąść i czekać na podjęcie decyzji przez lekarza dyżurującego. Po chwili podeszłam i zapytałam, czy mam iść po skierowanie, bo oddział od naszego ośrodka znajdował się 5 min. od szpitala, więc mogłabym wziąć od jakiegoś lekarza skierowanie i nie musielibyśmy czekać. Na to "pani" na mnie z ryjem, że przecież kazała mi czekać, zaraz przyjdzie lekarz i  mam sobie usiąść. Zacisnęłam zęby i odwróciłam się by odejść, ale usłyszałam ciężkie westchnięcie i słowa "o Boże" wypowiedziane przez tego babsztyla. Nerwy mi puściły i zaczęłam się bardzo niekorzystnie (delikatnie mówiąc) o niej wypowiadać do babci, która pilnowała w tym czasie Krystiana. Oczywiście mówiłam to tak, żeby "pani" wszystko słyszała. Przyszedł lekarz, opowiedziałam mu wszystko, popatrzył na krosty i powiedział że nas przyjmą, ale musimy chwilę poczekać (już kilka razy byliśmy na pogotowiu, więc wiem ile trwa ta "chwila"). Poszłam do rejestracji, "pani"zrobiła się bardzo miła, ale ja już miałam zepsuty nastrój. Po jakimś czasie przyszła "pani doktor" (dlatego w cudzysłowie, bo z tego co pamiętam z zeszłorocznego pobytu w szpitalu ona jest jakąś stażystką czy coś w tym rodzaju). Po raz kolejny musiałam opowiedzieć co i jak i tłumaczyć dlaczego nie poszliśmy do swojego lekarza. Pani doktor na to, że trzeba było iść do kogoś innego, bo na pewno przyjmuje inny lekarz. Ja na to już trochę zdenerwowana (czy oni mają pojęcie o tym co się do nich mówi), ale wciąż starająca się zachować spokój, że owszem, przyjmuje pani stomatolog i pan od chorób wewnętrznych, u którego byliśmy w tamtym roku żeby zbadał K. jak nie było naszego lekarza i on się nie bardzo chce podjąć leczenia dzieci (co dla mnie jest logiczne), bo się zwyczajnie na tym nie zna. Na to pani doktor zaczęła się śmiać (????) Zbadała K. powiedziała że osłuchowo wszystko w porządku, ale co do krost to nie potrafiła zdiagnozować i kazała mi zaczekać i nie ubierać dziecka, a ona za chwilkę przyprowadzi starszą koleżankę na konsultację. No więc czekaliśmy. K. zaczął się już nudzić i popłakiwać. Na to z sąsiedniej sali wpadła jakaś baba (pielęgniarka albo lekarka) i powiedziała że mamy wyjść na korytarz. Powiedziałam że nigdzie nie idę, bo pani doktor kazała nam tu zaczekać, a poza tym dziecko jest rozebrane do pampersa, a na korytarzu są otwarte drzwi na pole. Jednak moje argumenty do niej nie dotarły i powiedziała żebyśmy wyszli, bo dziecko jej przeszkadza w badaniu pacjentów. Myślałam że mnie szlak jasny trafi. Na szczęście w tym momencie przyszły lekarki, bo mogłoby się to bardzo nieprzyjemnie skończyć, zwłaszcza że już miałam podwyższone ciśnienie dzięki "pani" z rejestracji. Babka wyszła, a ja musiałam po raz kolejny opisywać całą sytuację nowej pani doktor, która swoją drogą jest zastępcą ordynatorki na oddziale dziecięcym i która baaaardzo nie przypadła mi i TŻtowi do gustu po tym jak mi zasugerowała podczas pobytu w szpitalu że jak dam łapówkę to już wyjdziemy do domu. Oczywiście standardowo musiałam tłumaczyć dlaczego nie poszliśmy do swojego lekarza i usłyszałam, że tutaj jest tyle zarazków, szkoda dziecka (chyba raczej chodzi o to, że jej się dupy nie chciało z gabinetu ruszyć). Po zadaniu kilku pytań, w tym czy coś mi dziecka nie pogryzło stwierdziła że to ugryzienie (no brawo) i poszła. Pani doktor która nas przyjmowała (ta młoda) przepisała nam.... Alertec. Pytałam czy dawać wapno, czy dawać coś na jeszcze nieustabilizowaną biegunkę odpowiedziała TAK. Zniesmaczona i zła wyszłam stamtąd. Bardzo żałuję że nie wiem jak nazywała się kobieta która chciała nas wyprosić na korytarz, bo bardzo chętnie napisałabym skargę dla swojej własnej satysfakcji.
Popołudniu coś mnie tknęło i zadzwoniłam do naszego pediatry o radę i okazało się, że jest akurat w gabinecie i żebyśmy szybko przyjechali to zobaczy co się dzieje. Przepisał syrop Bactrim i płyn na smarowanie tych krost. Powiedział, że prawdopodobnie to nie są ugryzienia, ale poparzenia kwasem mrówkowym.
Po 2-krotnym posmarowaniu krosty wyglądały już tak
czyli o wiele lepiej. Na dzień dzisiejszy są już bardzo blade, myślę że w przeciągu kilku dni znikną. Najważniejsze, że już nie swędzą.

Chyba trudno się ze mną nie zgodzić, że faktycznie była to dla nas pechowa majówka. Tyle razy K. jadał ogórka i nigdy mu nic nie było, a tu tak się schorował i jeszcze to pogryzienie, które kilka dni bardzo swędziało i katar....
Zachowania służby zdrowia chyba nawet nie muszę komentować.

3 komentarze:

  1. jeje,ojropnie,wspolczuje,swoje przeszlas. a te plamy to ugryzienia czy poparzenia? doszlas do tego? biedny maluszek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jak zszedł rumień są takie krostki, więc wydaje mi się że jednak ugryzienia. Na szczęście już prawie poschodziło.
      Za to teraz męczymy się z chorym gardełkiem i okropnym kaszlem :/ Bez antybiotyku się nie obeszło:(

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń